Pierwszy okres i dziwna miłość.

W piątej klasie po raz pierwszy dostałam okresu. Ten moment wyczekiwany przez wszystkie dziewczynki. Dla mnie był pierwszą oznaką dorosłości. Wieczorem, przed kąpielą, znalazłam małą plamę krwi na majtkach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to jest właśnie to. W książkach i na filmach miesiączka opisywana była jako fontanna tryskającej krwi, której nie sposób zatrzymać. Plamy na pościeli niczym po przypadkowym zesikaniu. Krew spływająca stróżkami po udach aż do podłogi. Tymczasem na mojej bieliźnie widniała mała, nieporadna plamka. Tak, jakbym przez przypadek skaleczyła się w palec i właśnie tymi majtkami chciała ją owinąć. Ślad po plastrze przyklejonym na zdarte kolano. Nic szczególnego. Poszłam ją pokazać babci.

- Dostałaś okresu. - Stwierdziła. - Tylko pamiętaj! Nie wolno ci o tym mówić dziadkowi, bo to wstyd!

Aha. Czyli tak właśnie wyglada okres. Dostałam całe opakowanie waty higienicznej, które miałam włożyć sobie w majtki oraz pieniądze na podpaski, które musiałam kupić następnego dnia po szkole. Wykonałam zadanie zgodnie z instrukcją. Ja, grzeczna dziewczynka, zawsze słuchająca starszych. Po szkole, to po szkole, a nie przed. Cały dzień siedziałam w szkole, z watą w majtkach, niczym w pampersie, modląc się, aby wata nie przeciekła. Nie przeciekła. Taki pierwszy okres to nie okres. Nie wypłynęło ze mnie dużo więcej krwi niż dzień wcześniej. Ale tego wtedy nie wiedziałam.

Od tamtej pory dziadek mógł mnie kapać tylko, jak miałam założone majtki. Rozporządzenie babci. Przynajmniej oficjalnie. Tak, dobrze przeczytaliście. Mój dziadek kapał mnie cały czas, bo przecież:

- Ona sama dokładnie się nie umyje.

Jak wyglądało to później w praktyce? Zamkniety ze mną sam na sam w łazience i tak kazał mi rozbierać się do stroju Ewy..

- Jak chcesz się dokładnie umyć mając majtki na sobie? - Pytał tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Po wszystkim, kiedy ja już leżałam w łóżku, babcia i dziadek zamykali się w łazience, aby „móc sobie nawzajem wyszorować plecy”. Nie pamietam jak długo to trwało. Po skończeniu gimnazjum udało mi się w końcu przekonać matkę, abym mogła się do niej wprowadzić.

Co na to babcia? Przecież o wszystkim wiedziała i na wszystko zezwalała. Nie wiem czemu miało to służyć? Mieli dzięki temu lepszy stosunek? Dziwna gra wstępna.. O tyle dziwna, że do dzisiaj mam po niej koszmary. O tyle dziwna, że z pozoru niewinna czynność, ale wykonywana nastolatce staje się zboczeniem. O tyle dziwna, że doświadczenia te mocno wpłynęły na moje dorosłe życie seksualne.

Na studia magisterkie udało mi się wyrwać do Krakowa. Z daleka od tej całej toksyczności wokół mnie. Tam, pracując z dzieciakami, przeszłam szereg treningów interpersonalnych. Długie godziny spędziłam siedząc na podłodze i układając przeszłość. Kiedy już myślałam, że się z tym uporałam, że nawet wybaczyłam, przyjechałam, jak zwykle, w odwiedziny. Muszę ich przecież odwiedzać. Tak wypada. To moi dziadkowie. Przecież mnie wychowali. Dziadek jak zwykle poprosił o pomoc z telefonem. Tym razem chodziło o to, abym mu pokasowala niepotrzebne zdjęcia, bo przecież z racji wieku, nie zna się na nim za dobrze. Zdjęcia robić potrafi. Sama go nauczyłam. Kasować też, ale może zapomniał? Tak więc wziełam jego telefon i zaczęłam przeglądać historię. Dzisiaj nie pamiętam już, czy były tam jakieś niepotrzebne fotki i ile ich było. Pamietam tylko, że zaraz po zdjęciu babci, było zdjęcie jego kutasa. Naprawdę nie chciałam tego zobaczyć. Obraz ten zostanie już chyba w mojej pamięci na zawsze. Dzisiaj zamykam oczy i widzę wyraźnie jego małego, pomarszczonego fallusa w akompaniamencie siwych włosów łonowych. Po tamtym wydarzeniu wiem, że on się już nie zmieni. Są rzeczy, których wybaczyć się nie da. Ja przynamniej nie potrafię. Co zrobiłam wtedy? Wtedy udałam, że tego po prostu nie widziałam. Mieszkając najpierw z nimi, a później z matką nauczyłam się zasłaniać maską obojętności. Dzisiaj mam 32 lata. Nadal nie umiem o tym rozmawiać. Łatwiej było mi napisać.

Co do nich czuję? Nic. Obojętność. Ani ich nie kocham, ani nie nienawidzę. Niech sobie żyją w spokoju, z daleka ode mnie i mojej rodziny.

Wierna Przyjaciółka

Czasem odwiedza mnie Śmierć.

Czasami przychodzi częściej niż tylko czasem.

Ona i ja jesteśmy starymi kumpelkami, jeszcze z czasów, gdy usilnie szukałam pokrewnej duszy. Poznałyśmy się przez przypadek. Od tamtego czasu wpada, za każdym razem, kiedy jej potrzebuję.

Przez te wszystkie lata nauczyłam się jednego: ludzie przychodzą i odchodzą. Ona jako jedyna nadal przy mnie trwa.

Nie pamietam dokładnie naszego pierwszego spotkania. Byłam wtedy jeszcze dziewczynką. Pamietam, że z typowym dla niej, stoickim spokojem, wysłuchiwała, co miałam jej do powiedzenia. Później delikatnie gładzila mnie po włosach i mówiła:

- Nie dzisiaj, moje dziecko.

Nasze spotkania wyglądały różnie: raz ją prosiłam, raz błagałam, to znów coś tłumaczyłam.. A ona zawsze, z tą samą, pełną uwagi miną, odpowiadała:

- Nie teraz. Jeszcze nie teraz.

Z czasem nauczyłam się przyjmować jej odmowę. Wystarczała mi sama jej obecność. Lubiłam, kiedy tak przysiadała obok, lub obejmowała mnie ramieniem szepcząc czule do ucha.

Dzisiaj wpada już bez zaproszenia. Jak przyjaciółka, bez zbędnych słów od razu przechodzi do sedna:

- Spójrz! - mówi - Spójrz! Jakie widoki! A jaki wąwóz! Patrz tam! Rzeka płynie! Niesamowite! Za każdym zakrętem jeszcze piękniej! Aż dech w piersiach zapiera! O! Patrz! Tu! Widzisz? Wystarczy, że się trochę rozpędzisz! Lot byłby naprawdę widowiskowy! Tylko sobie to wyobraź! - przymykam na chwilę powieki. Juz wiem o czym mówi. Już mam ten obraz przed oczami - A jaki upadek! - kontynuuje - Sukces gwarantowany!

Spoglądam wtedy we wsteczne lusterko samochodu. Patrzę na śpiącego w foteliku Miłosza.

- Nie dzisiaj, kochana. Nie dzisiaj.. - odpowiadam. - Jeszcze nie.. - Zbywam ją tak, jak ona mnie kiedyś.

Czasem spotykam ją na spacerze. Po tylu wspólnych latach lubimy chadzać w te same miejsca. Kiedyś zatrzymała się na wiadukcie i spojrzała w dal.

- A co sądzisz o tym? - Zapytała opierając się o mur - Solidna konstrukcja. Daje wiele możliwości. Wysokość też jest odpowiednia. Wystarczy wyczekać właściwy moment.

Stanęłam u jej boku. Położyłam dwie dłonie na zimnych kamieniach. Wysunęłam szyję i wyjrzałam zza bariery na tory.

- Masz rację. - Odpowiedziałam. - Wezmę to miejsce pod uwagę. - Spojrzałam na zegarek i na syna. Zbliżała się trzecia.

- Wybacz kochana, lecz teraz musimy już wracać. Czas na obiad. Mały będzie zaraz głodny. - Pomachałam jej na dowodzenia i ruszyliśmy w stronę domu.

Innym razem wpadła na szybką kawę. Mateusz był w pracy, Miłosz spał.

- Witaj kochana, dawno się nie widziałyśmy.

- A no wiesz, trochę zabiegana jestem ostatnio: to siostra wpadła z wizytą, to zakupy, pranie, sprzątanie gotowanie. Urlop też już mi się skończył, więc i do pracy wróciłam. Wiesz jak jest.

Przyniosłam kawę i postawiłam na stoliku. Spod swetra wysunęły się przedramiona. Blade jak ściana. Przeplatane pajęczyną niebieskawych żył. Te same, z których śmiano się w szkole, że należą do córki młynarza. Wystarczyła chwila, a obie wiedziałyśmy już o co chodzi.

- Zamknij oczy. - Rozkazała. - Przypomnij sobie swój pierwszy raz.

Pod powiekami najpierw ujrzałam srebrną żyletkę. Tą samą, którą wtedy ukradłam dziadkowi z łazienkowej szafki. Pamiętam dokładnie, to podniecenie, tę ekscytację, tym, co zaraz nastąpi. Trzymałam ją wtedy nieporadnie w prawej dłoni. Zbliżyłam ją powoli do najgrubszej żyły. Dotknęłam skóry. Poczułam szczypanie. Nie przestałam. Z rany zaczęła sączyć się krew. Najpierw powoli, później coraz więcej i więcej. Odłożyłam narzędzie zbrodni. Moją trupo bladą skórę barwiły teraz bordowe krople spływającej krwi. W dół, do łokcia, z łokcia: kap, kap, na podłogę. Musiałam uważać, żeby nie pobrudzić dywanu. To dopiero byłaby awantura! Pamiętam, jak wraz z wypływającą krwią ulatywały ze mnie wszystkie złe emocje. Ten niewykrzyczany ból, ta złość na całą niesprawiedliwość tego świata, te niewypłakane łzy.. Wszystko to, ulatywało z każdą kolejną kroplą. Byłam niczym ćpun na haju. Tak, dobrze już, dobrze. Powoli odzyskiwałam spokój.

- Tak, dokładnie tak. - Przerwała moje rozmyślania Śmierć. Jednak tym razem jesteś starsza, znasz anatomię człowieka. Wiesz, co masz robić.

- Kusisz, kochana kusisz. - Usłyszałyśmy płacz dziecka. Miłosz właśnie się obudził.

- Dobra, to ty idź do małego, a ja już się zbieram. Przemyśl to jeszcze. - Mrugnęła okiem i wyszła. A ja wróciłam do codziennych obowiązków.

Wstęp

Ostatnio próbuję patrzeć na siebie i swoje życie z perspektywy innej osoby.

Czasem dobrze jest spojrzeć na siebie obiektywnie. A przynajmnie spróbować. Wziąć siebie i swoje życie pod lupę.

Dostrzegam pewne schematy powtarzające się od lat.

Jednym z nich jest moja patologiczna nieumiejętność kochania.

Moje dotychczasowe związki trwały maksymalnie 5 lat. Potem odchodziłam. Na początku wydawało mi się, że to wina moich partnerów.

Pierwszy nie był na tyle dojrzały, by pójść o krok na przód. Ja chciałam wspólnego życia, wspólnego mieszkania, a on nie chciał wyprowadzić się od rodziców.

Dla drugiego rzuciłam studia doktoranckie, karierę w dobrze rozwijającej się firmie odzieżowej, by wylecieć za granicę i pracować jako zwykły magazynier w podrzędnej fabryce.

Potem zjawił się mój mąż.

Tak bardzo chciałam założyć własną rodzinę, że gdy oświadczył mi się po miesiącu znajomości - zgodziłam się bez wahania. Ślub wzięliśmy w naszą pierwszą rocznicę poznania się. Potem zaszłam w ciążę i wszystko zaczęło się psuć. Gdy na świat przyszło dziecko, okazało się, że mój mąż nie jest takim człowiekiem, za jakiego go miałam. Nie jest nawet takim człowiekiem, na jakiego sie kreował. Jeszcze przed ślubem zauważyłam, że lubi koloryzować niektóre historie, ale mitoman żyjący w świecie swoich fantazji?! To już lekka przesada.

Odejść?

Zostać?

Kredyt na dom. Kredyt na wesele. Kredyt na samochód. Karty kredytowe i konta debetowe... Chyba tego za dużo było..

Jako samotna matka nie mająca pomocy z zewnątrz, pracująca na 1/3 etatu raczej w obcym kraju sama sobie nie poradzę.

A wiec zostać.

Ludzie mieli nie takie problemy i dawali radę. Wystarczy rozmawiać.

Jedna rozmowa, druga rozmowa, trzecia rozmowa.

Jedno obiecanie poprawy, drugie obiecanie poprawy, trzecie obiecanie poprawy.

Rzeczywistość?

Egoista na zawsze zostanie egoistą. Jemu się wszystko należy bo on przecież pracuje. A to wszystko, to są moje obowiązki, bo ja przecież siedzę w domu.

I tak ja: kanapeczki do pracy dla mężusia, obiadek po pracy, mizianie po pleckach, sprzątanie, pranie, wieszanie, składanie.. A w weekend ja do pracy. I jeszcze cały czas opieka nad moim ukochanym synkiem.

Minął rok.

Mija i drugi.

Bez zmian.

On do dziecka nie wstanie bo: najpierw ja karmiłam piersią, a teraz przecież dziecko woli mnie.

Nic dziwnego ze woli mnie. Jak mój mąż już jest w domu to najpierw w spokoju musi godzinę posiedzieć na kiblu, potem godzinę poleżeć w wannie, potem w spokoju zjeść obiad, a potem to Miłoszek już idzie spać. I tyle ma z taty.

Ale mój mąż przecież się stara i ja tego nie dostrzegam. Mięliśmy wolne. Wspólne wolne! Pierwsze chyba od miesięcy! Liczyłam na jakieś śniadanie do łóżka, jeden dzień w którym będę mogła się wyspać. Tylko jeden. Taki z jego inicjatywy.

Przeliczyłam się. On się wysypiał we wszystkie 7.

A seks? Jak uśpiłam dziecko, to on też już spał. A jak nie spał to już spał jak wyszłam spod prysznica. A jak nie spał, to go ząb bolał, więc nie dotykaj. A w tygodniu to już dawno śpi, bo to miał ciężki dzień w pracy, albo rano musi wcześnie wstać. I tak dzień za dniem..

Właśnie stuknęło nam 4 lata razem. Na rocznicę dostałam kwiatki tylko dlatego, że zrobiłam o nie awanturę. Sam dostał ode mnie całkiem spory, pracochłonny prezent. Chciałam się wykazać i mi się udało. Więc jak w naszą rocznicę usłyszałam tylko „Wszystkiego Najlepszego”, to zrobiło mi się bardzo smutno.

I tak zblizamy się do mojej magicznej granicy 5 lat.

Zaczęłam się zastanawiać co ze mną jest nie tak, że moje uczucia się wypalają. Po raz kolejny wstaję rano, patrzę na swojego partnera i zastanawiam się, co ja takiego w nim widziałam? Kojarzycie taką piosenkę Kaiser Chiefs’a „Everyday I love you less and less”? Mam wrażenie, że to piosenka o każdym moim związku.

Ale do rzeczy.

To były moje subiektywne wywody. Tak. Tamten był taki, a ten jest owaki. Baba musi sobie ponarzekać. Ma chłopa, który pracuje, przynosi jej pieniądze do domu, a tej coś nie pasuje. Znalazła się księżniczka szukająca ideału.

Otóż nie. Nie chcę księcia z bajki na białym koniu. Chcę kochać i być kochana. Chcę dawać, ale też chcę dostawać.

Dlaczego więc gdy nadchodzi magiczna granica 5 lat, ja przestaję kochać? Dlaczego nie dostaję nic w zamian, mimo iż wciąż sama daję? Co robię takiego, że nikomu już nie chce się o mnie starać? Bo to chyba nie jest ich wina, skoro któryś facet z kolei tak mnie traktuje. Problem jest we mnie, musi tam być. Zawsze tam był. Jeśli go nie znajdę i nie wyeliminuję, już nigdy nie będę szczęśliwa!

Tak więc czas spojrzeć na siebie całkiem obiektywnie. Stanąć przed lustrem i przeanalizować swoje życie bardzo, ale to bardzo dokładnie.